Aleksander Doba nie żyje. A jeszcze w listopadzie opowiadał o swoich planach…

Jako pierwszy człowiek na świecie przepłynął Ocean Atlantycki kajakiem z kontynentu na kontynent. Później powtórzył ten wyczyn jeszcze dwukrotnie. „W grudniu 2022 roku planuję popłynąć łodzią wiosłową na trasie od Wysp Kanaryjskich do Wysp Karaibskich. Kajak płynie do przodu, łódź wiosłowa tyłem, zatem to coś zupełnie innego” – mówił w niedawnym wywiadzie dla magazynu „Opole i kropka” Aleksander Doba. Życie, a w zasadzie jego kres, brutalnie zweryfikowało te plany. Wielki podróżnik zmarł… Wspominamy tamtą listopadową rozmowę.

– Czy wraca Pan wspomnieniami do swoich wypraw  na  ocean?  Czas  epidemii  chyba  temu sprzyja?

– To naturalne, że myślę o tym, co mi się przytrafiło podczas moich trzykrotnych podróży przez Ocean  Atlantycki.  W  końcu  spędziłem  na  nim  łącznie  ponad  rok.  Wiąże  się  z  tym  mnóstwo  wspomnień.

– Które z przeżyć szczególnie zapadło Panu w pamięć?

–  Zawsze  uważałem,  że  nie  ma  tego  złego,  co  by  na  dobre  nie  wyszło.  Podczas  moich  wy-praw  miałem  wiele  awarii  sprzętu.  Poważne  uszkodzenie  steru  w Trójkącie  Bermudzkim,  gdzie zmagałem się z wieloma przeciwnościami pogody. Bez użycia steru płynąłem dłuższy czas w stronę Bermudów. Szczęśliwie, moi przyjaciele wypłynęli łodzią w moją stronę 200 km i byli ze mną trzy godziny. Jak ja się cieszyłem na to spotkanie! Po 138 dobach spędzonych na oceanie.

– Czy często dokuczały Panu sztormy i załamania pogody?

– Każda wyprawa była inna. Za każdym razem miałem dobrze zaplanowaną i przemyślaną trasę pod  kątem  warunków  pogodowych.  Podczas  pierwszej  wyprawy  przetrwałem  kilkadziesiąt  burz tropikalnych o sile sztormu, trwających do kilku godzin. Najtrudniejsza była trzecia podróż, północnym Atlantykiem, na tyle niebezpieczną trasą, że moi przyjaciele uznali, że tego w kajaku nie  przetrwam  i  próbowali  mnie  przekonać,  żebym zrezygnował. Podczas tej wyprawy przeżyłem wiele sztormów o bardzo silnym wietrze i  wysokich  falach  dochodzących  nawet  do  10  metrów.  Najsilniejszy  sztorm  o  sile  10  stopni  w skali Beauforta trwał ponad dwie doby.

– Próbuję sobie wyobrazić, co się wtedy dzieje z kajakiem.

– Różni specjaliści ostrzegali mnie, że kajak tego nie przetrwa. Ja jednak postawiłem na swoim. Jestem  w  końcu  inżynierem  mechanikiem. Wyciągałem  wnioski  z  poprzednich  wypraw  i stale ulepszałem mój kajak. Byłem zatem przekonany, że mimo tych różnych ostrzeżeń, to ja mam rację i to, co zrobię, zapewni mi przeżycie i przetrwanie. Wyszło na to, że miałem rację.

– Postąpił Pan nawet wbrew opinii żony.

– Często mówię, że dostałem w życiu wiele różnych wyróżnień i nagród, ale odczuwam pewien niedosyt. Chciałbym, żeby ktoś przyznał nagrodę dla kogoś, kto jak ja zrobił takie wyprawy, wbrew swojej żonie (śmiech).

– Jak Pan sobie radził z samotnością i monotonią podczas wypraw?

– Wiele osób mnie o to pyta, bo myśli, że jestem typem  samotnika,  który  ucieka  od  świata  na  morze.  Nic  bardziej  mylnego.  Uchodzę  raczej  za  towarzyskiego  człowieka,  ciekawego  tego,  co  dzieje  się  na  świecie.  Żyłem  również  tym,  co  się  dzieje  w  domu.  Za  każdym  razem  miałem  ze  sobą  telefon  satelitarny.  To  tylko  160  znaków  w  SMSie,  ale  wykorzystywałem  je  do  ostatniego  przecinka.  Wysłałem  przykładowo  kilka wiadomości tekstowych, instruując żonę jak zdemontować zawór na naszej działce rekreacyjnej. W drugą stronę otrzymywałem wieści o tym, co się dzieje w domu, w kraju i na świecie. Przykładowo, że Kamil Stoch zdobył złoty medal na Olimpiadzie w Soczi. Jak ja się cieszyłem… I dopominałem się tych informacji. Nie miałem przecież ze sobą radia ani telewizora. Inni ludzie i ich wiadomości tekstowe były dla mnie oknem na świat.

– A czy spotykał Pan na swojej drodze zwierzęta, np. rekiny lub wieloryby?

–  Tak,  oczywiście.  W  każdej  wyprawie  miałem  styczność z kilkudziesięcioma rekinami. Z perspektywy kajaka jest to bardzo ciekawe doświadczenie. Podpływały do mnie pojedynczo, inaczej niż  delfiny,  których  spotykałem  całe  stada.  Największa  grupa  jaka  do  mnie  przypłynęła  liczyła około 300 delfinów.

– To musiał być niesamowity widok.

– Morze, aż się „gotowało”, bo jak to delfiny wyskakiwały  z  wody.  Niesamowity  widok,  dzikie  zwierzęta w swoim naturalnym środowisku. Były też bliskie spotkania z wielorybami. Miałem wtedy świadomość jak mały jestem w swoim kajaku, choć to był siedmiometrowy, największy kajak na  świecie.  To  jednak  niewiele  w  porównaniu  z tymi niesamowitymi zwierzętami. I choć słyszałem o łodziach zatapianych przez wieloryby, mnie nigdy podczas podróży nie spotkało nic złego, ani ze strony wielorybów ani rekinów.

–  Czy  przeżył  Pan  podczas  swoich  wypraw  chwile zwątpienia?

– Tu pewnie Pana zaskoczę. Ani razu nie miałem zwątpienia ani nie miałem dosyć. Podczas mojej pierwszej wyprawy, dopływając do brzegu po  99  dobowej  wyprawie,  już  byłem  myślami  przy  kolejnej  podróży  na  ocean.  Już  wtedy  planowałem,  co  dalej.  Oczywiście,  kiedy  po  przepłynięciu ponad 5 tysięcy kilometrów, zobaczyłem wreszcie suchy ląd byłem niezwykle szczęśliwy  i  krzyknąłem  „Ameryka!”.  To  było  niesamowite uczucie.

– Można powiedzieć, że odkrył Pan Amerykę kajakiem i zrobił Pan to siłą własnych mięśni w wieku 64 lat! Czy ma Pan poczucie, że jest wzorem  dla  innych  osób  w  wieku  senioralnym?

– Cieszy mnie, że na spotkania, które odbywam przychodzą  ludzie  grubo  po  pięćdziesiątce,  którzy mówią: „Panie Olku, ja byłem kiedyś na Pana spotkaniu i dostałem takiego pozytywnego kopa, że później zrobiłem niesamowite rzeczy w  moim  życiu”  i  zaczynają  o  nich  opowiadać.  To  jest  dla  mnie  wielka  frajda.  Ja  te  wyprawy  zrobiłem  będąc  już  na  emeryturze.  Wykorzystałem  po  prostu  zdobytą  wcześniej  wiedzę,  doświadczenie oraz silną psychikę.

– W takim razie jakie ma Pan plany na przyszłość?

– Oczywiście planuję kolejną wyprawę oceaniczną! Trzykrotnie przepłynąłem Atlantyk i mówiłem, że więcej wypraw oceanicznych kajakiem nie mam w planie. W grudniu 2022 rok planuję zatem  popłynąć  łodzią  wiosłową  na  trasie  od  Wysp Kanaryjskich do Wysp Karaibskich. Kajak płynie do przodu, łódź wiosłowa tyłem, zatem to zupełnie coś innego (śmiech).

– Co zatem powiedziałby Pan naszym czytelnikom, którzy niejednokrotnie martwią się o swoje zdrowie, szczególnie teraz w okresie pandemii.

–  Pytano  mnie  podczas  wywiadów  jak  radzić  sobie  z  kwarantanną.  Odpowiadałem,  że  proszę sobie spróbować wyobrazić siebie w mojej sytuacji.  Samotnie  przez  wiele  miesięcy  na  oceanie, bez luksusów w postaci telewizora czy komputera z dostępem do Internetu. Można do tych samych rzeczy podchodzić w bardzo różny sposób. Ja nawet w trudnych okolicznościach staram  się  znaleźć  coś  pozytywnego.  Widząc  coś  dobrego,  nawet  w  złych  rzeczach,  które  mnie spotykają, nie przestaję odczuwać radości życia. Stawiam sobie ambitne cele i realizuję je.

Wywiad ukazał się „Opole i kropka” w listopadzie 2020 roku.