Bez pomyślunku nie ma rysunku
Opolski artysta świętuje w tym roku 50 lat aktywności artystycznej. Debiutował w 1976 roku w piśmie satyrycznym „Szpilki”. Stworzył także scenografię do ponad dziewięćdziesięciu widowisk teatralnych, telewizyjnych i filmowych, głównie w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora. Tworzył scenografie do spektakli Teatru Lalek „Banialuka”, Teatru Lalek w Wałbrzychu, Białostockiego Teatru Lalek, Teatru Lalek Arlekin, Śląskiego Teatru Lalki i Aktora, Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Stworzył rónież scenografię do kilku przedstawień Teatru Telewizji oraz do filmu Dotknięcie anioła. A od piątku można podziwiać na Rynku wystawę jego prac.
Z Andrzejem Czyczyłą rysownikiem satyrycznym i scenografem, naszym redakcyjnym kolegą rozmawia Ryszard Rudnik.
– Na początek proponuję, by również na użytek tej rozmowy sobie nie „panować”. Obchodzisz właśnie 50-lecie swojej pracy artystycznej, z czego kumplujemy się od jakichś 35 lat…
– W tej sytuacji „per pan” to by było nawet głupie…
– Pół wieku w robocie, jeszcze więcej życia, powiedz Andrzeju, rozumiesz jeszcze ten świat?
– No, rozumiem, przynajmniej się staram, bo w końcu jestem jego częścią.
– Ale w tym znaczeniu, że gościu, wiesz, dla followersów przebiera się za kangura, jedzie do Stanów, by na TikToka nagrać dance, robi pompki w stroju pokojówki z sex shopu. Tak buduje swoje zasięgi, przez takie pajacowanie. A potem nagle się okazuje sprawcą jakiegoś gigantycznego Gejzera Dobra, w dziewięć dni streamu zbiera ćwierć miliarda złotych dla chorych dzieci…
– Ja bym to rozpatrywał w warstwie komunikacji pokoleniowej. Po prostu starsza generacja, mówię tu również o naszej, jest odjechana kompletnie i okazuje się, że dzisiejszy puls tkanki społecznej lepiej wyczuwa ten chłopak niż doświadczeni zawodowcy. Mam tu na myśli polityków i po prostu ludzi innego pokolenia. I tu jest przyczynek do tego, jak archaiczna nawet wydaje się w tym kontekście zbiórka Owsiaka.
– No ale różnica metody nie oznacza jej deprecjacji.
– Oczywiście, mam na myśli tylko archaiczność stosowanego instrumentarium. Poprzez akcję Łatwogana zobaczyliśmy jak współczesna technologia potrafi uprościć komunikat, kontakt międzyludzki. I myślę, że Owsiak też to zauważył. Tak, on nawet przyznał, że czegoś nauczyliśmy się z tej akcji. A wszystkim oponentom, bo tu oczywiście od razu hejcior się wylał na pana Owsiaka, chcę uprzejmie donieść, że jakby na sprawę nie spojrzeć, to on jednak ten background wrażliwości społecznej wykuwał w nas przez trzydzieści parę lat. I akcja Łatwogana jest tego efektem, a nie zaprzeczeniem.
– Rozmawiamy z okazji pięćdziesięciolecia Twojej pracy. To jest kupę lat, niektórzy tyle nie żyją. I nie bez przyczyny zapytałem o tę akcję Łatwogana, by spróbować na tym przykładzie ustalić gdzie jest miejsce dla naszego pokolenia teraz?
– Ja myślę, że tu i teraz. Tylko to jest kwestia indywidualna, czego od życia oczekujemy i w co się angażujemy, a na co spuszczamy zasłonę milczenia.
– A czego Ty oczekujesz od życia jako zasłużony jubilat z dorobkiem?
– Tego samego, co do tej pory. Chciałbym w wieku siedemdziesięciu czterech lat dalej robić to, co robię. Po prostu mam taki zawód , w którym na szczęście pracuje się głową.
– Czyli kolana mogą boleć, coś może strzykać w krzyżu, ale to w Twojej aktywności zawodowej nie ma wielkiego znaczenia…
– Tak, kolana mogą boleć. Miałem nawet taki epizod ze złamaną ręką i potrafiłem tą złamaną ręką rysować. Warunek jest podstawowy – jeżeli tworzę jakąś narrację, opowieść, bez pomyślunku nie ma rysunku.
– No nie tylko rysunku. My się zawodowo kontaktujemy od lat z powodu kresek, które u nas w Czasie na Opole i nie tylko tu publikujesz. Poprzez Twój komentarz rzeczywistości. Ale to nie jedyna Twoja specjalność. Teatr jest Twoją scenografią…
– Ale te rzeczy się splatają, do scenografii wszedłem poprzez rysunek. Reżyser, który mnie po raz pierwszy zaprosił do współpracy w teatrze, Włodzimierz Fełenczak , chciał przerysowania. To był rok 1981, wiadomo co się wtedy działo, tuż przed stanem wojennym. Premiera spektaklu była w kwietniu, życie społeczne buzowało. Również twórcy po latach peerelowskiej smuty sięgali po bardziej radykalne i odważne środki. I Fełenczak chciał takiego przerysowania satyrycznego w swoim spektaklu „Żelazny Chłopiec” Radiczkowa. A znał mnie ze „Szpilek”, z moich kresek tam publikowanych. No a za chwilę był stan wojenny, „Szpilki” zamknięte. I ja, jak ten Himilsbach z angielskim, zostałem z tą jedną scenografią w teatrze. Ale szczęśliwie, bo ona została zauważona w kraju. I w ten najgorszy czas stanu wojennego, byłem zapraszany przez inne teatry do współpracy. No i to się jakoś tam potoczyło. W najgorszy czas stanu wojennego, kiedy nie mogłem publikować kresek zadekowałem się, w tym dobrym tego słowa znaczeniu, w teatrze.
– Zadekowałeś się i zostałeś. W Encyklopedii Teatru jest napisane, że wykonałeś scenografię do 55 przedstawień teatralnych, to sporo…
– Tak, i szczęśliwie trwam do dzisiaj. A potem to miało jeszcze kolejne konsekwencje. Bo ta scenografia się rozszerzyła poza teatr. Na film, telewizję.
– Filmów zrobiłeś kilka.
– Trzy. Trzy dokumenty fabularyzowane. Każdy z nich dotyczył jakiegoś epizodu wojennego. Z każdego z nich można byłoby zrobić film fabularny.
– Powiem więcej, nawet obraz hollywoodzki. Opowiedz o nich trochę…
– Nawet hollywoodzki. Właśnie w tej materii zaczepiałem naszych, że tak powiem… prawicowych polityków, czy by nie przyłożyli swojej cegiełki finansowej do tego. Powiem tak, że scenariusz „Uciekiniera” mamy od lat w PIF-sie. Żeby nie mylić tutaj z PIS-em, bo to podobnie brzmi. Ale oczywiście potrzebujemy tych milionów o wiele więcej niż nam Polski Instytut Filmowy jest w stanie wyasygnować. Scenariusz w każdym razie jest klepnięty, mamy zgodę głównego bohatera Kazimierza Piechowskiego, on już niestety nie żyje. I ciągle z reżyserem naszego dokumentu, Markiem Pawłowskim szukamy pieniędzy na fabułę. Notabene ten nasz dokument w Muzeum Auschwitz leci na okrągło. Jest tam taka muzealna filmoteka prezentowana w salce projekcyjnej dla zwiedzających.
– Powiedz więcej o tym filmie.
– To historia gdańszczanina, Polaka z Gdańska, który się przed wojną bardzo kumplował z Niemcem. W Wolnym Mieście Gdańsku i jeszcze wcześniej koleżeńskie relacje Niemców i Polaków to nie było nic nadzwyczajnego. Przecież oni tam żyli pokoleniami obok siebie. I kiedy wojna wybuchła, to Piechowski przez tegoż kolegę został zadenuncjowany jako ortodoksyjny Polak i z bardzo niskim numerem, przed setką, miał wytatuowany numer siedemdziesiąty któryś, wylądował w Auschwitz. Znał niemiecki perfekt , co było istotnym elementem w przygotowaniu ucieczki. Tam się zebrało parę takich indywidualności, miedzy innymi ksiądz, Ukrainiec, który obozie obsługiwał samochód wysoko postanowionego oficera, warszawiak. Ukrainiec był kierowcą i mechanikiem zarazem, więc miał dostęp do samochodu. Przez właz tak zwanego bunkra, piwnicy z węglem, udało się im przedostać do magazynu esesmańskiego, w którym było wszystko: Broń, mundury, czyli wszystkie akcesoria potrzebne do ucieczki. No i mieli samochód. Stworzyli sztuczne komando. Nikt nie ucierpiał, bo wiadomo jaka była procedura, jeżeli ktoś z komanda uciekł, to całe komando podlegało karze a u nich uciekli wszyscy trzej. Ucierpiał jedynie volksdeutsch, którego wrzucono do bunkra głodowego po tej ich ucieczce. Winny musiał być. Była to najbardziej spektakularna ucieczka z obozu koncentracyjnego w czasie II wojny światowej. Po prostu w esesmańskich mundurach wyjechali samochodem przez bramę. Kaziu Piechowski jeszcze ochrzanił wartownika, który zbyt wolno podnosił szlaban. Tu mogę opowiedzieć anegdotę: Mieliśmy więcej szczęścia przy kręceniu tego filmu niż sam Spielberg. Dlatego, że on musiał budować makiety obozu na potrzeby swojego filmu, a my mieliśmy dostęp do wnętrza dzięki temu, że córka ówczesnego dyrektora muzeum była aktorką, która grała w naszym sitcomie, w Canal Plus. No i film się do dziś przydaje muzeum.
– Ja wiem, że ty lubisz dygresje, a tu anegdota miała być…
– Sorry, czekamy na takie bardzo długie, piękne ujęcie. Miało jakieś prawie pół kilometra, więc czekamy jak słoneczko nam zajdzie, żeby zdjęcia były perfekcyjne, kulminacyjna scena filmu. Mój syn, który grał na wieży esesmana, czeka i operator Januszyk daje klapsa. Mercedes, notabene z Opola na plan przyjechał, rusza. A operator w tym momencie mówi stop, stop, mam ludzi tam na horyzoncie. My się patrzymy, a tam idzie wycieczka. Z Izraela, bo po chwili się pokazuje się ich flaga. No to raczej nie byłaby prawda czasu. Mówię do syna, Kacper zejdź z tej wieżyczki i zatrzymaj tą wycieczkę, bo nam w kadr wchodzi. I poszedł w mundurze SS-mana, błagać tych ludzi, żeby się pochowali po krzakach, bo zaraz odpowiednia ekspozycja światła się skończy i nic z ujęcia nie będzie. No i jeszcze flagę musieli zwinąć. Na szczęście to była młodzież, zgodzili się od razu. Nie wiem, jakby się na takie dictum starsze pokolenie zachowało.
– To jest trochę a’propos tego, co mówiliśmy o fenomenie akcji Łatwoganga.
– A jako przeciwwagę opowiem coś innego: W 1995 roku przyjechała w podróż sentymentalną koleżanka mojej mamy. To jest znajomość z Chrzanowa jeszcze, bo potem żeśmy Czyczyłowie na Ziemiach Odzyskanych wylądowali. Mama pomagała jej przez całą okupację. Koleżanka wylądowała w obozie, ale jakoś tam była szansa, żeby jej za druty dostarczać żywność. W 1948 roku wyjechała do Izraela, ale cały czas mieliśmy z sobą kontakt. Pierwszy raz ją spotkałem w 95 roku. Pierwsze pytanie jakie mi zadała: „Mam nadzieję, że najmłodszy syn mojej najlepszej przyjaciółki nie jest antysemitą”. Proszę pani, jestem kryptofilosemitą. Tak jej wtedy odpowiedziałem. No bo cóż to za pytanie. Ale dziś wiem, że ta wojna zostanie z jej pokoleniem na zawsze.
– Złote Gody w robocie, to jest dobra okazja, żeby przytoczyć najważniejsze momenty w twojej karierze. Jak byś je nazwał?
– Niewątpliwie po pierwsze debiut w „Szpilkach”. Jeszcze nie miałem 24 lat, to był 1976 rok.
– Nie było łatwo dostać się do „Szpilek”. Dzisiaj mało kto pamięta, ale to było czołowe satyryczne pismo.
– Dzisiaj się to nazywa pismo kultowe. Absolutnie. Ja tylko parę nazwisk przytoczę. Niekoniecznie plastyków: pisarz Ryszard Marek Groński, cieszący się podówczas niezwykłą estymą wśród dziennikarzy. Późniejszy rzecznik rządu Jaruzelskiego Jerzy Urban, wtedy jeszcze nie polityk, zanim usta reżimu, świetny dziennikarz. Dzisiaj mu się pamięta tylko ten etap polityczny. Maria Czubaszek. Miałem okazję ją osobiście poznać, widywać, bo się wtedy osobiście do redakcji rysunki przywoziło. Można było pocztą, ale osobiste stawiennictwo dawało lepszą gwarancję, że rysunek dotrze. Więc gros rysunków, które w „Szpilkach” publikowałem dowoziłem sam. I zawsze kogoś tam spotkałem. A to Czubaszek, a to jakieś inne znamienite nazwisko.
– Bo redakcja, jak każda wówczas, była istotnym elementem życia towarzyskiego.
– Tak, tak. Tam się nie przychodziło tylko pracować. Oczywiście, że nie. A współpraca ze „Szpilkami” zaczęła się nie na zasadzie, że ja się zebrałem na odwagę, tylko przez asystenta na grafice w Wydziale Sztuki Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Bo my , Ryszardzie, jesteśmy absolwentami tej samej uczelni, Miałem nawyk prowadzenia szkicownika jeszcze z Liceum Plastycznego w Opolu. Trzymałem w nim swoje rysuneczki, zawsze mnie ciągnęło w tym kierunku. Miałem ponotowane pewne pomysły. No i ten asystent, Piotr Chrobok, widział, że mam pewną sprawność, więc był ciekaw co ja tam mam w tym szkicowniku. Przejrzał i pyta: a czemu ty tego nie publikujesz? A ja, że no bo ja tego, że musiałbym to na czysto, coś jakbym… On przerwał ten mój słowotok i mówi: Słuchaj, ja w przyszłym tygodniu jadę do Warszawy z rysunkami do „Szpilek”, weź coś przygotuj na czysto i pojedziemy razem. Tak słowo ciałem się stało. Przyjeżdżamy. Redaktor graficzna przeglądała te moje rysunki. No i w następnym numerze się ukazały. To było wydarzenie. Tak, tak, zaczęło się od Czyczyły lewitowania. Bo ja butów nie zdzierałem wtedy, nie chodziłem a unosiłem się ze szczęścia nad ziemią. A poza tym ówczesne gaże w prasie były więcej niż przyzwoite…
– Czyli zaczęło się od „Szpilek” a potem?
– Potem stałem się przez publikacje w „Szpilkach” rozpoznawalny w środowisku. Kulturalni wpływowi ludzie czytali wówczas „Przekrój”, „Szpilki”. „Politykę”, „Kulturę”, „Tygodnik Powszechny” , na których ogniskowały się tzw. nazwiska. I tak narodził się mój kolejny etap teatralnej scenografii. Potem reżyser, z którym współpracowałem w teatrze, Marek Tomasz Pawłowski zaprosił mnie do filmu dokumentalnego, a gdy wygrał konkurs na telewizyjny sitcom, znowu zaprosił mnie do współpracy. To był program, w Telewizji Wisła, zasięg miał na województwo, ale stał się dla mnie przepustką do Canal Plus. Tam znowu pomógł przypadek. Zmontowałem tą swoją scenografię i przechadzałem się po korytarzu, bo już czekałem tylko na ewentualne uwagi, korektę jakąś. I wyszedł zniecierpliwiony producent, pyta mnie jak myślę ile to przygotowywanie oświetlenia scenografii jeszcze będzie trwało. Bo ja jego zdaniem tak ładnie się uwinąłem. Nie wiedział, że już miałem przymiarkę scenografii w hali produkcyjnej, wiedziałem, gdzie wszystko ma być ustawione. Natomiast tutaj w studiu trzeba te ciągi komunikacyjne ustalić na nowo, kamerę, światła i tak dalej. I po jakimś czasie ten sam producent w Canalu nagrywał Oscara piłkarskiego w Teatrze Polskim. I z tego co potem się dowiedziałem, nie był zadowolony z tej produkcji. Przypomniał sobie o mnie, facecie spotkanym na telewizyjnym korytarzu i zaproponował, czy bym tych kolejnych Oscarów piłkarskich nie zechciał zrobić. Zrobiłem ich bodajże sześć albo siedem. Nie pamiętam. Co roku już potem robiłem. W międzyczasie przy którymś z tych Oscarów pyta się mnie, słuchaj, ludzie z Ekstraklasy mnie zaczepili, czy nie znam kogoś, kto by zaprojektował nowe trofeum mistrza Polski, bo tamto im się jakoś opatrzyło. Ja mówię, no mogę spróbować. Spróbowałem i zaakceptowali. Funkcjonował ten mój puchar parę lat, potem zrobiliśmy lifting, trofeum urosło przy okazji. Zaprojektowałem też nowe medale dla Ekstraklasy, statuetki, które funkcjonują do dzisiaj.
– Wróćmy do Twoich kresek, którymi, również na naszych lamach komentujesz rzeczywistość. Opowiedz trochę o kuchni, w której je pitrasisz.
– Przepis jest taki: najpierw selekcja ostatnich wydarzeń. Nasze życie polityczne hurtowo dostarcza sporo tematów, ale też dużo w nich śmiecia. Są rzeczy, których nawet się nie chce komentować, ze względu na żenujący poziom produkcji podmiotów lirycznych. Poza tym po tylu latach człowiek ma już opracowane pewne zbitki skojarzeniowe, celownik jest wyostrzony, Czasem się dziwię, że na coś wpadłem, nie wiem do końca na czym to polega. Po prostu pojawia się nagle taki impuls i szlus. Regularność wpływa też na dyscyplinę pracy.
– Mogę mówić za siebie, ale zawsze porównuję kreski u nas, z tymi w O!polskiej i sprawdzam, która lepsza.
– Staram się, żeby obie miały odpowiedni poziom. Ja mam inny problem – czasem zaraz po wydarzeniu mam pomysł na jego skomentowanie, a tu muszę czekać najmniej tydzień, żeby się ukazał i wtedy mam taką obawę, że są one już lekko przebrzmiałe. Nie ze wszystkim można też czekać, więc sporo moich kresek ukazuje się wyłącznie na moim fanpejdżu.
– Niedawno otrzymałeś nagrodę główną w Ogólnopolskim Konkursie Satyrycznym na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa, za kreskę „Dwa plemiona” zamieszczoną u nas. Jak ważne dla Ciebie są nagrody?
– Człowiek nawet jak ma w sobie poczucie wartości tego co robi, powinien co jakiś czas poddać to swoje przekonanie zewnętrznej weryfikacji. I dla mnie czymś takim jest udział w rozmaitych konkursach i związane z nimi nagrody. Kiedyś brałem w nich udział częściej, teraz już rzadko. W życiu miałem więcej nagród za swoje rysunki, ale i moja działalność związana ze scenografią teatralną czy filmową przynosiła mi ogrom satysfakcji. Gdy pokazaliśmy w USA film „Dotknięcie anioła”, fabularyzowany dokument opowiadający historię Henryka Schonkera, polskiego Żyda ocalałego z Holokaustu, na pokazie byli Jadwiga Barańska i Jerzy Antczak. Po projekcji napisali: nakręciliście dzieło wybitne. To są chwile nie do przecenienia.
Nagroda to przede wszystkim wyraz sprawdzenia siebie. Poza tym nie oszukujmy się, nagrody są fajne, a ta ostatnia w roku mojego 50-lecia pracy twórczej, jest taką wisienką na jubileuszowym torcie. To miłe, że w wieku 74 lat potrafię się jeszcze skutecznie poboksować z dużo młodszym koleżeństwem.
– Musiałeś się także niejednokrotnie boksować z rzeczywistością. Publikowałeś latami w Nowej Trybunie Opolskiej, za władzy PiS wypchnęli cię z łamów.
– No tak, ale to jest wpisane w DNA satyryka. Każda władza autokratyczna boi się niezależnej myśli, satyry, więc ją zwalcza. Tak jest od czasów Stańczyka. Czasem pod swoimi rysunkami na fanpejdżu otrzymuję trolowskie komentarze, ale muszę przyznać, że stosunkowo rzadko. Oczywiście to co rysuję łączy się z moimi poglądami, nie mogę tworzyć wbrew sobie.
– A co Cię najbardziej irytuje u polityków?
– Brak uczciwości intelektualnej, przede wszystkim. Często mamy do czynienia z cynicznymi facetami, którzy operują tzw. przekazem dnia, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ten, który go używa doskonale o tym wie. Taki przekaz ma ukłuć, formatować odbiorcę, ma zamieszać ludziom w głowach. Wiedzą, że bezczelnie kłamią, ja wtedy reaguję.
– A jak tam Twoje chorwackie korzenie?
– Swoje chorwackie korzenie pielęgnuję. Z prostej przyczyny, była nas trójka braci, ja najmłodszy, mama pracowała, wychowywała nas babcia Katerina, czyli po naszemu Katarzyna. Siłą rzeczy „infekowała” mnie tą swoją chorwatczyzną. Chorwackie familie są ze sobą niebywale zżyte i tego jako rodzina z naszym chorwackim odłamem trzymamy się do dziś. Co roku jestem w rodzinnej wsi babci, Rude, i zawsze tam byłem jestem i będę swój, wśród swoich. Wiem, że jakbym tych więzi nie kontynuował, babcia straszyłaby mnie po nocach.
– Rozumiem, że to dla ciebie jest ważne.
– Tak, bo takie kontakty wzbogacają człowieka. Absolutnie też doceniam swoją śląskość, bo ja jestem synek ze Krapkowic. Mówię bez problemu nie tylko po chorwacku ale i po śląsku. Wychowywałem się w Krapkowicach w czasach, gdy dzieci, które nie mówiły tam po śląsku miały bardzo zawężony krąg znajomych. Dlatego jako hadziaj nauczyłem się mówić po śląsku. Na własnym przykładzie wiem, że inne kultury, kontakt z innymi narodowościami tylko człowieka wzbogacają, jeśli na nie jesteś otwarty. W latach 50. za mojego dzieciństwa w Krapkowicach przeważającym żywiołem byli autochtoni. Bez śląskiego nie znałbyś nawet topografii swojego miasta. Na ryby się chodziło „na Arm”, czyli ramię, martwą odnogę Odry, albo „na Wehr”, czyli śluzę. I nikomu to wówczas nie przeszkadzało, a teraz niektórym przeszkadza bardzo. A gdyby tak pobuszowali na swych genealogicznych drzewach ci wszyscy „prawdziwi patrioci” to pewnie niejeden „genetyczny śmieć” by znaleźli.
– Jest coś, czego w tym swoim twórczym życiu żałujesz, chciałbyś zmienić, gdybyś mógł?
– Jednej rzeczy żałuję: Miałem w swoim życiu epizod alkoholowy. Żałuję tej straty czasu, który się poświęcało na tak zwane imprezowanie. Kompletnie z tym zerwałem, nigdy mi alkohol w niczym nie pomógł, nigdy mnie stan upojenia nie zainspirował, wręcz przeciwnie. Od trzydziestu lat jestem człowiekiem beznałogowym. A reszta była jak to życiu – nie wszystko da się zaaranżować, nie wszystko w życiu przechytrzyć. To pozostawiałem zawsze losowi, zawsze się ktoś odezwał, zaproponował, dał mi szansę, z której mogłem skorzystać.
– A jak widzisz przyszłość?
– Wiesz, myślę krótkimi etapami. Teraz jestem w ferworze przygotowań mojego jubileuszu. To jest jak przygotowanie wesela. Nikogo nie wydeleguję do sponsora, muszę wszędzie pokazać osobiście. Zastanawiam się jak najlepiej skompletować listę gości, bo pojemność sali Teatru Lalki i Aktora, z którym jestem od lat związany, jest ograniczona. Kolejne zadanie to wydruki wystawy, która stanie w Rynku. Będzie 20 plansz z moim dorobkiem satyrycznym i scenograficznym, z tym że proporcje będą nieco zawyżone kosztem tego pierwszego. Ludzie znają mnie bowiem głównie z rysunków, z działalności w teatrze znacznie mniej.
Jeśli pytasz o przyszłość – zawsze trzeba się zachowywać przyzwoicie i robić swoje. A co do sztafety pokoleń, o którą pytałeś na początku, przypomina mi się mój dziadek, gdy w końcu lat 50. wrócił rozpromieniony z krapkowickiego targu z tabliczką z rysikiem i mówi: Andrzej, ja taką tabliczkę miałem kiedyś w szkole. Jak się ma tamten „rysikowy laptop” do dzisiejszego arsenału moich współczesnych narzędzi, z którymi teraz pracuję. Jesteśmy pokoleniem, które przeszło chyba największy szok technologiczny za swojego życia. Jeśli nie tkwisz w tym, nie jesteś kompatybilny, wypadasz z gry. Trzeba się ciągle uczyć, ja się trzymam. Choć przy przygotowaniu jubileuszowej wystawy wspieram się na kimś lepszym w te klocki, a mianowicie Andrzeju Szneiwajsie.
– Na koniec chciałem cię zapytać o tego twojego zajoba, że gdzie nie zobaczysz wodny zbiornik, to jak się da, skaczesz na główkę…
– No tak mam. To chyba efekt genów chorwackich. Jak tylko zobaczę Adriatyk, to po prostu odczuwam gwałtowną potrzebę oddania takiego skoku. A tam jak wiesz jest mało miejsc, gdzie można by spokojnie skoczyć na główkę. Jak widzę jakiś niewielki nawet trap, no to ja zaraz jestem tam na końcu i oceniam głębokość. No nie wiem. Może raz kiedyś nie trafiłem dobrze i stąd ten zajob.
– Dzięki za rozmowę.

































