REKLAMA

REKLAMA

Co złego, to nie on [Felieton]

Z ogólnego wzmożenia wokół obsady fotela prezesa WiK-u, w obecnej obsadzie, czyli w osobie Ireneusza Jakiego, rysuje się obraz jednej z najlepszych fuch w mieście Opolu. Otóż za około pół miliona pensji rocznie, wypracował on system, w którym raczej nie podpisuje się pod kontrowersyjnymi decyzjami dotyczącymi firmy, jaką potencjalnie zawiaduje. Jak trzeba podnieść taryfy, pod wnioskiem podpisuje się pozostała dwójka byłych członków zarządu, bo ktoś w końcu musi.  Jak trzeba  dogadać się z firmą, która ma dostarczać prąd i nagle wycofuje się umowy, prezes również nie zostawia śladów w postaci autografu pod decyzjami zaradczymi, dzięki czemu spokojnie może potem swoich współpracowników zgłosić do prokuratury z podejrzeniem przestępstwa.

Rzecz jasna system ten doskonale działa jedynie w sferze PR. Bo na przykład Kodeks Spółek Handlowych nie przewidział takiego umywania rąk na zasadzie „co złego to nie ja”. I zwalnia prezesa z odpowiedzialności jako członka zarządu wyłącznie wtedy, gdy jest przeciw, natomiast sytuację gdy się wstrzymał od głosu traktuje dokładnie tak samo, jakby w kwestii danego rozwiązania był za.

Ale kto tam zna Kodeks spółek, z pewnością nie spolegliwi dziennikarze mediów partyjno-rządowych , którzy spijają z ust prezesa Jakiego co on powie i właściwie zgadzają się z nim ze wszystkim, łącznie z interpretacją prawa. Dzięki czemu o prokuratorskich zarzutach wobec byłych członków zarządu pisze się i mówi tam tak, jakby było po wyroku, choć sprawą sąd jeszcze nawet się na poważnie nie zajął. A stawiane zarzuty kuriozalnie uprawdopodabniają u nich popełnienie przestępstwa, choć tak może i jest, z tym, że na Białorusi.

Jakby tego było mało, na scenę wkraczają umyślni w postaci radnego Solidarnej Polski, który na konferencji prasowej przekonuje, że za podwyżki w WiK, a właściwie za wszystko co tam się dzieje, odpowiada prezydent miasta jako właściciel spółki. Rzecz jasna rzeczony radny nie zastanawia się, że skoro tak, to po co właściwie w tym WiK-u jest jakiś zarząd, jeśli jego prezes podpisuje się tam przeważnie pod listą płac. Już nie mówiąc o tym, sprawczość właściciela jest jednak ograniczona do tego stopnia, że  nie może on od wielu miesięcy pozbyć się prezesa, do którego nie ma zaufania nawet na tyle, na ile brudu pod paznokciami można znaleźć po wizycie u pedicurzystki.

Ryszard Rudnik