Doktor Jarosław Kostyła – latający dyrektor [ROZMOWA]

Lekarz na lądzie i w powietrzu, dyrektor, wojskowy, koordynator. Ale, co sam podkreśla, nie bohater i nie anioł stróż, choć właśnie tak czasem określają go inni. Zapraszamy na rozmowę z dr. Jarosławem Kostyłą, dyrektorem Opolskiego Centrum Ratownictwa Medycznego oraz lekarzem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Jakie to uczucie uratować ludzkie życie?
– Niesamowite! Działając w zespołach ratownictwa medycznego – czy to naziemnych, czy lotniczych – mamy efekty tu i teraz, dlatego tak kocham tę robotę. Naszym zadaniem jest wyrwanie z rąk śmierci ludzi po wypadkach, upadkach, udarach, z zatrzymaniem krążenia i tak dalej. Spotykamy się z najtrudniejszymi przypadkami, ale satysfakcja, gdy udaje nam się dostarczyć do szpitala pacjenta, który wrócił z zaświatów, jest przeogromna.

Długo pan to robi?
– Z ratownictwem jestem związany niemal 30 lat, od 1993 roku. Była nieistniejąca już Wojskowa Akademia Medyczna w Łodzi, był 5. Wojskowy Szpital Kliniczny w Krakowie, pogotowie w Nowej Hucie, wydział logistyki na Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Pancernych w Poznaniu, było również tamtejsze pogotowie…

…a potem 10. Opolska Brygada Logistyczna i utworzenie Lotniczego Zespołu Medycznego.
– Tak, miałem zaszczyt współtworzyć pierwszy w kraju zespół dedykowany ewakuacji rannych żołnierzy – najpierw z Iraku, potem też z Afganistanu. Początkowo lataliśmy do niemieckiego Ramstein, potem już do poszczególnych krajów ogarniętych wojną.

Czyli ciągłe życie na walizkach?
– Oj, tak. Dlatego tak bardzo jestem wdzięczny mojej kochanej żonie Agnieszce i moim synom za wyrozumiałość, za cierpliwość i wsparcie. Kocham ich nad życie, a oni mnie. Sprawiają, że od zawsze mam do kogo wracać, za co z całego serca im dziękuję.

Adres powrotny zawsze był panu znany. A miejsce docelowe?
– Nie zawsze. Często o miejscu podjęcia pacjenta dowiadywaliśmy się już w trakcie misji. A na jej rozpoczęcie od wezwania miałem 4 godziny. Niezależnie od tego, gdzie byłem, w latach 2003-2009 zawsze miałem ze sobą wojskową torbę z niezbędnymi rzeczami. Gdy był telefon z 10. BLog-u, trzeba było jechać na lotnisko. Niejedne święta spędzałem daleko od domu, ratując naszych żołnierzy, którzy poświęcili zdrowie dla Polski.

A czy legenda krążąca o kanapkach pana małżonki jest prawdziwa?
– Oczywiście! Niejednemu żołnierzowi oddałem kanapki robione przez Agnieszkę. Pyszne, domowe, stawiały na nogi lepiej niż niejeden lek (śmiech). Po miesiącach spożywania wojskowych racji żywnościowych były namiastką domu, Polski.

Lotniczy Zespół Medyczny to pierwsze zetknięcie młodego Jarosława Kostyły zratowaniem w powietrzu?
– Wcześniej ratowałem ludzi tylko na ziemi. Ale gdy spróbowałem latania, wiedziałem, że to jest to, co chcę robić.

Jak się domyślam, w ograniczonej przestrzeni i wiele kilometrów nad ziemią, trudniej walczy się  o ludzkie życie.
– W górze jesteśmy zdani tylko na siebie. Ja, ewentualnie inny lekarz, pielęgniarki, ratownicy, piloci i sprzęt. Nie mamy wsparcia jak na SOR-ach w postaci dodatkowego personelu czy sprzętu. Musieliśmy wiedzieć co zabrać, jak to obsługiwać, jak pomagać. Ogromny stres, ale i – ponownie do tego nawiążę – ogrom satysfakcji, gdy nasz podopieczny wracał do zdrowia.

W międzyczasie był pan też zastępcą ordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Wojewódzkim Centrum Medycznym w Opolu (dziś Uniwersytecki Szpital Kliniczny), a od 2016 roku, gdy w Polskiej Nowej Wsi pod Opolem utworzono bazę Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, kontynuuje pan karierę latającego lekarza, tym razem już w helikopterze.
– Mamy najwspanialszą załogę na świecie! Ekipa z Ratownika 23, bo taki kryptonim ma nasza maszyna, to wspaniali ludzie, którzy pójdą za sobą w ogień. To piloci, ratownicy medyczni, lekarze, obsługa administracyjna. Jesteśmy bardzo zżyci ze sobą i mamy wspólny cel – ratować ludzkie życie.

W dużym skrócie: w trzy minuty od wezwania jesteście w powietrzu, zazwyczaj lądujecie w niełatwym i nieznanym terenie. Pilot nie wykonuje czynności medycznych. Przez pierwsze minuty po wylądowaniu oraz tuż przed startem jest pan skazany na siebie, bo ratownik medyczny pełni też rolę nawigatora i osoby odpowiedzialnej za zabezpieczenie miejsca lądowania. Nie da się ukryć, że nie jest to najłatwiejsza praca dla lekarza…
– Dlatego lekarze w LPR-ze to bardzo doświadczeni medycy, którzy zostali, przepraszam za kolokwializm, „przeciorani” przez tę służbę, zmagając się z ekstremalnie trudnymi przypadkami. Sprzęt, owszem, pomaga, ale to my, ludzie, musimy wiedzieć jak go użyć. Śmigłowiec jest tylko i aż narzędziem, podobnie jak pompy, respiratory, leki. Człowiek jest kluczowy w tej całej układance. Pilot musi wiedzieć, jak bezpiecznie dolecieć i wylądować, ratownik, nim podejmie czynności medyczne, pomaga w bezpiecznym posadzeniu maszyny, a ja pędzę do pacjenta. Po chwili działamy już z „ratolem”. Ale faktycznie, jesteśmy wysyłani w najróżniejszy teren, nierzadko też poza granice naszego województwa.

Czyli można powiedzieć, że niczym aniołowie niesiecie pomoc z nieba. Albo, jak mawiają inni, nosicie pomarańczowe kombinezony superbohaterów…
– Absolutnie nie. Nie jesteśmy bohaterami, wykonujemy po prostu swoją robotę. Bohaterem może być każdy z nas – kierowca autobusu, pan, nauczyciel czy sklepikarz, jeśli tylko zrobi coś, co pomoże innej osobie. W naszej branży jest takie powiedzenie: „nie jestem bohaterem, jestem ratownikiem medycznym”. Po prostu. Robimy jak najlepiej to, co potrafimy, w czym się kształciliśmy, ale nie jest to żadne bohaterstwo. Nie przepadamy za mówieniem o nas w taki sposób, bo my tylko i aż robimy swoje. Tyle.

Pod koniec 2021 roku został pan dyrektorem Opolskiego Centrum Ratownictwa Medycznego. A czy postawił pan grubą kreskę i powiedział znajomym z karetki: od dziś jestem waszym szefem, mówcie do mnie „panie dyrektorze”?
– Znam praktycznie wszystkich ratowników, lekarzy, pielęgniarzy czy kierowców w naszym regionie. Z wieloma jeździłem do najróżniejszych wezwań – od bólu głowy po duże, trudne wypadki. Owszem, muszę być dla nich szefem, ale przede wszystkim jestem ich kolegą z boju. Nigdy nie będę więc typowym dyrektorem, który przez cały dzień siedzi w swoim gabinecie, a o 15 zamyka drzwi i wychodzi. Moi ludzie, wspaniały personel, wiedzą, że w razie potrzeby mogą do mnie zadzwonić, dopytać o radę czy nawet poprosić o pomoc przy bardzo trudnym wezwaniu. Nigdy nie odmawiam. Zawsze podkreślam: to moi ludzie. Z wojska wyniosłem zasadę, że wszyscy działamy wspólnie, dowódca również. Razem ratujemy zdrowie i życie mieszkańców Opola oraz regionu. I ja za ten codzienny trud, oddanie się tej służbie, ciągły rozwój, dokształcanie się, wszystkie rozmowy i spotkania bardzo im dziękuję!

*Wywiad ukazał się w lipcowym wydaniu magazynu „Opole i Kropka”.