Książulo tu był

Opolskie media blisko trzy tygodnie czekały na recenzję bożonarodzeniowo-jarmarkowego żarcia, aż przyjedzie Książulo  i powie jak  jest.  Oczywiście można było samemu pójść spróbować i ocenić, ale widocznie to nie jest to samo, co opinia znanego kipera jarmarcznych smaków.

A tu bez zaskoczeń, i bez Książula, wiadomo, że  jarmarczny barszczyk nie może być taki jak u mamy na buraczanym zakwasie. Uszek też nikt specjalnie na potrzeby bazarowego jedzenia nie lepi, wrzuca kupne i rzecz z jasna po taniości. Bigos z budy zawsze jest loterią i w zasadzie nigdy nie będzie gotowany przez tydzień, pękaty od ingrediencji połyskujących w kapuście. Przypuszczam jednak, że Książula tym razem zawiodły jego legendarne  kubki smakowe, gdy stwierdził, że barszczyk z kartonu jest lepszy od tego z opolskiego Rynku, bo to przecież ten sam produkt. Kto by tu barszcz gotował, jak można kupić gotowy i podgrzać szybko w garze.

Generalnie ludzie na jarmarku korzystając z jarmarcznej kuchni akceptują niepisaną umowę z kupcami: Kupcy chcą zarobić, klienci poczuć magię świąt, trochę się zabawić, spotkać ze znajomymi, zrobić radochę dzieciom. Nikt tu gwiazdki Michelina nie oczekuje, ważne są światełka na choince, świąteczna muzyka, kolorowe świąteczne ozdoby, świąteczna ciężarówka Coca-Coli, liczy się anturaż.

Oczywiście fajnie jest zjeść coś w miarę dobrego i nie za milion złotówek i takie punkty na jarmarku też są. Książulo je zauważył i pochwalił. Gorzej, że jednoczęśnie dodał, iż są tak dobre, że opolski jarmark na nie nie zasługuje. Jak się żyje z tego, że się jeździ po jarmarkach i recenzuje jarmarczne żarcie, nie ma sensu podcinać gałęzi, która papu daje w postaci followersów.

Za rok Książulo też do Opola na jarmark przyjedzie, powtórzy to samo co w tym i poprzednim roku, może nawet weźmie do towarzystwa tego samego gościa, który w toczka w toczkę powtórzy jego kulinarny werdykt,  a opolskie media  będą czekać w blokach na Niego niczym na Boże Narodzenie albo chociaż pierwszą gwiazdkę.

Książulo ten swój prywatny adwent traktuje  w ten sposób,  że odczytuje siebie jako kulinarnego demiurga, którego słowo może pogrążyć bądź wynieść każdy bożonarodzeniowy jarmark, w takim Opolu na przykład. I to nie jest żadna supozycja, tylko wniosek z jego własnych słów i protekcjonalnej narracji z ostatniej wizyty u nas. A lokalne media to łykają i zdają się mówić: smagaj nas, smagaj Książulu, jeszcze, jeszcze.

Ryszard Rudnik

Najnowsze artykuły