Mariusz „Gorgo” Przybyła: Wideo z miłości do deskorolki i filmowania

Mariusz „Gorgo” Przybyła to opolanin, który od kilku lat prowadzi największy deskorolkowy kanał na polskim Youtubie. W rozmowie z twórcą obserwowanym przez dziesiątki tysięcy osób przeczytacie między innymi o miłości do „deski”, która okazała się silniejsza niż poważny uraz kręgosłupa.

– Swoją przygodę z Youtubem rozpocząłeś dawno temu – w czasach, gdy ta platforma nie była jeszcze tak popularna…

– Pierwsze wideo wrzucałem nawet przed Youtubem, na jakichś serwisach wideo. Były to filmiki z parkourowymi akrobacjami – moimi i moich kolegów. Gdy w 2005 roku powstał Youtube, przerzuciłem się na niego. Nikt wtedy nie wiedział, że będzie na to taki boom, że „będę jutuberem”. Po prostu chciałem pokazywać swoją zajawkę. Najpierw szalone biegi przez przeszkody, nad murkami czy poręczami, potem przyszła deskorolka. I tak to ruszyło.

– Często podkreślasz, że bardziej chcesz inspirować innych niż ich uczyć. Dlaczego?

– Bo ja nie jestem najlepszym skaterem w Polsce. Nawet nie jestem bardzo dobry. Jest mnóstwo osób, które ten sport uprawiają lepiej ode mnie i które można naśladować. Ja swój kanał zacząłem tworzyć z pasji do deskorolki i wszystkiego, co jest wokół niej. Głównie robię vlogi i jakieś ciekawostki sprzętowe, a poradniki do tricków wrzucam tylko czasami. Nie jest to główny temat kanału, więc i nauki nie ma za dużo.

– Niewiele brakowało, a deskę zawiesiłbyś na przysłowiowym kołku już 10 lat temu. Co się wówczas stało?

– Miałem poważny wypadek samochodowy, którego skutkiem były zmiażdżone 2 dyski w odcinku lędźwiowym i pęknięty kręg, operacja oraz długa rehabilitacja. Przez dwa lata prawie nie mogłem się ruszać. Nawet buta nie byłem w stanie zawiązać, poważnie! Ale wierzyłem, że znów będę sprawny.

– Co więc sprawiło, że wróciłeś na skatepark?

– Wysiłek specjalistów oraz moja miłość do jazdy na deckach. Nie chciałem tego porzucić. Zawsze lubiłem ruch, sport, wyzwania. Wróciłem więc silniejszy i pomyślałem, że skoro ja mogłem, to inni, zdrowi, tym bardziej mogą robić fajne rzeczy i chcę im to pokazywać. Pochodząc z niedużego przecież miasta stworzyłem największy kanał na temat deskorolki w kraju. I z tego jestem bardzo dumny, choć – podkreślę kolejny raz – nie jestem najlepszym technicznie skatem.

– Nie byłoby internetowego „Gorgo”, gdyby nie widzowie kanału. Utrzymujesz z nimi stały kontakt?

– Tak! Oni płacą mi tym, co mają najcenniejsze – swoim czasem, jaki poświęcają na oglądanie moich odcinków czy relacji. Uważam więc, że jestem im winien rozmowę czy odpisanie na wiadomość. Nie należę do twórców bujających w obłokach i odcinających się od społeczności. Widzowie są ze mną, a ja z nimi. Również wtedy, gdy na skateparku ktoś zechce zrobić sobie zdjęcie, zbić piątkę, czy podpytać o jakiś trick. Zawsze jestem otwarty.

– Często też rozdajesz deskorolki albo inne akcesoria swoim widzom.

– Nawiązałem współpracę z kilkoma firmami, dostaję od nich różne rzeczy do testowania – deski, ciuchy czy sprzęt filmowy – a przecież sam nie potrzebuję tego w ogromnych ilościach. Moje hasło przewodnie brzmi „dobro wraca”, więc głęboko wierzę, że jeśli ja komuś pomogę, to dobra karma powróci do mnie, dlatego wspieram innych. Pamiętam, jak sam byłem dzieckiem i jak wiele ułatwiłoby mi wtedy wsparcie mentalne czy rzeczowe od kogoś, kto zna się na „desce”, kto już w tym siedzi. Dlatego też nie mam problemu z dzieleniem się z innymi.

– Dziś twoja społeczność to blisko 50 tysięcy na Youtubie, 10 tysięcy na Instagramie, kilka tysięcy na Facebooku. Wielu młodych twórców marzy o takich zasięgach. Jak zaistnieć w internecie? Czy trzeba do tego drogiego sprzętu i dużych umiejętności?

– Moim przepisem na „sukces” okazała się systematyczna, ciężka praca. Wciąż wymyślam nowe odcinki, uczę się nowych technik filmowania czy montażu. Tworzenie kanału na Youtubie to ciągła nauka, rozwój i poświęcanie niemal całego wolnego czasu. Gdy nie nagrywam, to montuję, jak nie montuję, to odpowiadam na wiadomości fanów. Ponadto muszę przecież być coraz lepszy w jeździe na desce, więc ćwiczę. Co do sprzętu, to warto pamiętać, że do rozpoczęcia przygody z vlogowaniem nie trzeba mieć drogich kamer i super komputera. Weźcie smartfona w dłoń i zacznijcie pokazywać to, co kochacie robić! To będzie najlepszy start.

Wywiad ukazał się w lipcowym magazynie „Opole i kropka”.