Na co nam Unia?

20 lat członkostwa Rzeczpospolitej w Unii Europejskiej. Mamy już pełnoletnich rodaków, którzy nie pamiętają Polski poza granicami zjednoczonej Europy. Nie pamiętają, że kiedyś paszporty trzymało się w urzędzie paszportowym, że na dowód można było wyjechać najdalej nad Bałtyk, a tzw. granice przyjaźni były tak nazywane dla niepoznaki, i nie sposób było tak jak dzisiaj ich nie zauważyć.

Najprostszy z możliwych bilans w pieniądzu przedstawia się następująco: przez ten czas pozyskaliśmy z rozmaitych funduszów unijnych 245,5 miliarda euro, w ramach składki wpłaciliśmy do wspólnej kasy 83,7 miliarda euro. Znaczy, na czysto zyskaliśmy ponad 161 miliardów. Polska w liczbach bezwzględnych przez te 30 lat wyrosła na największego beneficjenta transferów z budżetu UE, zgarnęliśmy 13,3 proc. z nich, za nami w kolejce są Włochy. Hiszpania i Francja, choć w przeliczeniu na mieszkańca już tacy w szpicy to nie jesteśmy.

Goście, którzy tłumaczą dziś ludziom, że na członkostwie w Unii straciliśmy finansowo, to najwyraźniej matematyczni analfabeci. 65 procent unijnych dotacji wydaliśmy na infrastrukturę transportową, energetykę, inwestycje społeczne, a 30 procent poszło na wspólną politykę rolną, czyli dostała te pieniądze wieś. Europejskie fundusze nie zostały zmarnowane, dokonaliśmy przez te dwie dekady olbrzymiego skoku cywilizacyjnego. Tylko ktoś o spojrzeniu kreta może tego nie zauważyć.

To tyle o liczbach, one oczywiście są ważne i gdy ponad 20 lat temu głosowaliśmy w referendum za przystąpieniem do Unii nadzieja na lepsze życie była jedną z zasadniczych motywacji Polaków. Nadzieja spełniona, ale przecież nie była ona jedyna.

Otóż byliśmy za, również z tego powodu, by już nigdy nie wróciły mechanizmy komunistycznej despotii: kierownicza rola partii, deptane prawa jednostki, gwałcona wolność mediów, wolność słowa. Mieliśmy nadzieję, że wstępując do grona krajów unijnych zyskujemy gwarancję zachodnich standardów demokracji. Że będzie u nas tak jak w Europie, za którą przez dziesięciolecia tęskniliśmy gnuśniejąc za żelazną kurtyną. Że wreszcie będziemy mieli demokrację bez żadnych przymiotników, a dowcipy w stylu: „Czym się różni demokracja od demokracji socjalistycznej – tym czym krzesło od krzesła elektrycznego” na zawsze już odłożone zostaną na półkę z peerelowskimi sucharami. Liczyliśmy na otwarte granice, swobodę podróżowania i takie same prawa dla wszystkich. Liczyliśmy, że już nigdy program partii nie będzie programem narodu, że nie będzie rządził jednoosobowo jakiś I sekretarz czy prezes, jak go zwal tak zwał, a kraj raz na zawsze wypadnie z łap partyjnej nomenklatury.  Że sądy nie będą zależne od polityków, bo tylko w takim układzie można powiedzieć, że nastała sprawiedliwość. Generalnie rzecz biorąc Unia stwarzała nadzieję, że już nigdy nie wylądujemy w PRL-bis, niezależnie czy spod znaku sierpa i młota, falangi, krzyży celtyckich, czy tańców na ołtarzu. Że polska demokracja będzie krzepła a nie się uwsteczniała, bo naprawdę jako naród po 1989 roku wychodziliśmy z ciemnej d…

Głosowaliśmy, by mieć gwarancję, że nikt nie zawróci Polski z drogi demokratycznego rozwoju, drogi wolności jednostki z jej prawem do samostanowienia. Że nie będziemy żyć w kajdanach jakiejkolwiek ideologii, gdzie rządzący będą decydować co jest obyczajowo słuszne bądź nie. Głosowaliśmy z nadzieją, że Unia nas przed tym wszystkim obroni, bo wraz z przynależnością przejmujemy panujące tam zasady i nigdy już nie dostaniemy się w łapy wschodniego niedźwiedzia.

Te zasady bardzo uwierają niektórych polityków Zjednoczonej Prawicy, stąd ich niechęć, czy wręcz wrogość wobec naszej przynależności do europejskiej rodziny. Demokracja wiąże im ręce, wolne sądy nie gwarantują bezkarności, wolne media stwarzają zagrożenie, że wszelkie szwindle zostaną, tak jak teraz się to dzieje, rozliczone. Unia ich uwiera, bo kieruje się określonymi zasadami, ma wszczepiony system społecznego i prawnego kontrolingu, a instytucje państwowe mają swoją określoną metodykę funkcjonowania.  Przez osiem lat próbowali rozmontowywać demokratyczne unijne mechanizmy w Polsce. Ludzie to przerwali 15 października, ale ciągle nie ma gwarancji, że raz na zawsze.

Bredzą więc o utracie suwerenności, a tak naprawdę kieruje nim chęć totalnej dominacji nad krajem. Istotą Unii jest wspólnota interesów, która czasem wymaga kompromisów, ale jest tak skonstruowana, że proponuje wspólne rozwiązania, nigdy ich nie narzuca. Oczywiście prawicowej ekstremie nie chodzi o osłabienie Polski, tyle, że Polska słaba, osamotniona to nieuchronna konsekwencja polityki rozrywania unijnej wspólnoty. Nie ma dziś miejsca na geopolityczną Europę XIX wieku, która skończyła się I i II wojną światową. Tylko Unia zapewnia takim państwom jak Polska partnerskie stosunki międzynarodowe. Bo zasady Unii są wspólne i obowiązują wielkie kraje, takie jak Francja czy Niemcy, oraz małe jak Łotwa, Litwa czy Chorwacja. Alternatywą, na której zależy dziś Rosji, jest dominacja europejskich mocarstw, takich jak Rosja czy Niemcy.  Dlatego Kreml gra na rozwalenie Unii od środka, więc finansuje proputinowską europejską prawicę, a nawet pisze deklaracje programowe na przykład niemieckim neofaszystom z AfD, z którymi dziś ściska się w Budapeszcie Morawiecki i minister Mastalerek w imieniu prezydenta Dudy. Polska w wizji obozu Kaczyńskiego, wyłącznie z sojusznikiem za oceanem, prędzej czy później wpadnie w łapy Wschodu. Bo Wschód jest za progiem a Ameryka daleko. Polityczna wizja Trumpa to jest wizja wasali Ameryki, dlatego tak niechętnie patrzy na gospodarczy i polityczny potencjał Unii Europejskiej, która nie mieści się w jego koncepcji dominacji trzech supermocartw :USA, Rosji i Chin.

Przed tym przestrzega nas historia, tak szanowana przez antyzachodnią polską prawicę. W gruncie rzeczy pomijając antykremlowską narrację, co do samej filozofii rządzenia pisowski model sprawowania władzy nie odbiega od wschodniego trybu. Były pisowski marszałek senatu Stanisław Karczewski po sławetnej wizycie na Białorusi, nie dlatego mówił o Łukaszence jako o ciepłym człowieku, bo dobrze go poznał po jednym spotkaniu, tylko dlatego że białoruski zamordysta skojarzył mu się z jego prezesem.

Dziś w kampanii do nowego Europarlamentu Jarosław Kaczyński wyciągnął wszystkie polskie strachy ze swojego politycznego arsenału. Wraca do zagrożenia emigrantami, których sprowadzał najwięcej w Europie, a jego ludzie również za łapówki. Straszy Zielonym Ładem, który PIS  jeszcze rok temu nazywał swoim intelektualnym wkładem do wspólnej Europy, straszy ukraińskim zbożem, którego jeszcze 1,5 roku temu radził się nie bać. Staje na straży złotówki, choć w najbliższych latach nie ma szans by ją zamienić na euro, choćby z powodu, że nie ma sejmowej większości, by zmienić w tej kwestii waluty konstytucję. Nie mówiąc już o akceptacji prezydenta Dudy, który kiedyś podpisywał wszystko a dzisiaj nie podpisuje niczego, bo nigdy nie potrafił się wznieść nad status wiernego pisowskiego nominata.  Nowością są tu brednie o zapasach złota, które trzeba będzie oddać Niemcom. Unia jest opluwana, oskarżana o wszystko, co najgorsze. A do pisowskiej eurokampanii wraca Jacek Kurski autor słynnego powiedzenia, że ciemny lud kupi.

Kaczyński i cała klasa polityczna wokół niego żyją w alternatywnej rzeczywistości, która niestety znajduje wciąż szeroki posłuch wśród Polaków. Dla nich nieważna jest prawda, tylko czy Polacy w ich narrację uwierzą. W wyborach europejskich będziemy mieli okazję spowodować, by ta ich wizja nie stała się dla nas wszystkich koszmarem rzeczywistości. Warto tą okazję wykorzystać, bo szybko się nie powtórzy.

Ryszard Rudnik

 

 

Najnowsze artykuły