Przepis na porażkę

Jeden Naród, silna Polska – 11 listopada pod takim hasłem przeszedł przez Warszawę tradycyjny już Marsz Niepodległości, wyjątkowo w tym roku liczny – według policji uczestniczyło w nim 100 tysięcy ludzi, według organizatorów środowisk narodowych – 300 tysięcy, a niektórzy bez kozery mówią nawet, że 500.

Duża część w tym gronie autentycznie celebrowała radość z niepodległej Ojczyzny, ale środowiska polityczne  nie potrafiły zrezygnować z okazji i nie wykorzystać  Marszu do politycznych  porachunków i na polityczny obstalunek.  Bo jaki to „Jeden Naród”, gdy Konfederacja pod przewodem Sławomira Mentzena niesie hasło, by Berlin zabrał sobie Tuska. Wygląda to szczególnie żałośnie, gdy gość, który ze strony pradziadka ma niemieckie korzenie oraz nazwisko  próbuje wysiudać z Polski Kaszuba, by w ten sposób symbolicznie dokończyć stalinowską dintojrę Kaszubów po 1945 roku.

W tym zaprzeczeniu hasła o jedności wtóruje Menztenowi konfederacki wicemarszałek Krzysztof Bosak twierdząc wprost, że Marsz w rzeczy samej jest również marszem antyrządowym . A jeszcze chwilę temu wytykał Rafałowi Trzaskowskiemu, że w Marszu nie uczestniczył, choć to obiecał Mentzenowi. Przy czym prezydent Warszawy nic takiego nie mówił, a jedynie stwierdził, że ma nadzieje, iż powstaną warunki, że wszyscy będą mogli pójść wspólnie w Marszu Niepodległości. Przecież sam  Bosak przyznał, że takie warunki nie powstały, bo trudno wymagać od zwolenników rządu, by się stawili na demonstracji przeciwko niemu.

Na polityczny obstalunek szedł w marszu PiS razem ze swym  prezesem, który dotąd spędzał Dzień Niepodległości w Krakowie, ale sondaże się zmieniły i trzeba być na Marszu i na zasadzie żaby podstawiającej nogę gdy konie kują oświadczać wszem i wobec na tle nieprzebranych tłumów, że to w rzeczywistości maszerują tu zwolennicy PiS. Wielu z nich pewnie się zdziwiło.

Jaka to będzie silna Polska, jeśli spełni się skandowane przez zwolenników Grzegorza Brauna żądanie polexitu, czyli zerwania gospodarczego sojuszu z Zachodem przy coraz bardziej realnym i groźnym wschodnim imperializmie. Odkrojona od Zachodu Polska to najpewniejszy przepis na stratę a nie wzmocnienie niepodległości. To się może skończyć powtórką Przywiślańskiego Kraju z epoki caratu.

Niestety tym koncepcjom wtóruje prezydent, który akurat z okazji narodowego święta wspomina o zachodnich miazmatach a nie wspomina o wschodnim zagrożeniu. To stara przywara narodowców, dla których istotne są puste symbole. Tromtadracja, która ma zastąpić realpolitik.

Bo nawet milion niesionych biało-czerwonych flag nie wystarczy, gdy nie rozumie się, że zagrożenie grozi nam ze strony wschodu, że ratunkiem jest jak najściślejszy sojusz z Zachodem. Że Polska osamotniona, może by i miała dobrą przyszłość, gdyby leżała w miejscu Portugalii a nie tu gdzie jest.

Poza wszystkim Święto Niepodległości to nie ten czas, by wyciągać wszystko to, co nas dzieli, zwłaszcza, że zupełnie czego innego uczą nas Ojcowie Niepodległości. W imię Niepodległej potrafili oni zakopać różnice, które ich dzieliły. Gdyby w 1918 wzięli się za łby, kto wie czy mielibyśmy co dzisiaj świętować.

Ryszard Rudnik

 

Najnowsze artykuły