Żegnamy Marka Czakona, wychowanka Odry Opole

Żegnamy nietuzinkowego piłkarza, który w piłkę grać zaczął za późno, a z tego świata odszedł za wcześnie… W grudniu skończyłby 61 lat.

Dzisiaj taka kariera już by nie mogła się udać. Marek Czakon jeszcze jako kilkunastoletni chłopak uprawiał łyżwiarstwo figurowe  i wszystko wskazywało, że pójdzie w ślady swoich rodziców. Tymczasem został piłkarzem, wychowankiem Odry Opole, a później królem strzelców w Finlandii, o czym pamiętają tam do dzisiaj. Wcześniej zagraniczną koronę najlepszego strzelca z Polaków zdobył tylko Janusz Kowalik, a było to w 1968 roku w USA.

„Czakon rozpoczynał karierę w naszym Klubie w 1980 r. Występował na pozycji napastnika. Grając w Odrze trafił do młodzieżowej kadry Polski. W naszym kraju grał również w barwach Górnika Zabrze, Olimpii Poznań oraz Broni Radom. Za granicą występował w drużynach niemieckich oraz skandynawskich. W 1990 roku z drużyną Tampereen Ilves zdobył Puchar Finlandii. Wyrazy współczucia dla całej rodziny. Spoczywaj w pokoju…” – napisał na swoim profilu jego pierwszy klub.

Piłkarska kariera Marka Czakona rozpoczęła się właśnie w Opolu w 1980 roku. Jego początki przypomniał nam inny były zawodnik tej drużyny, Ireneusz Haras.

– Nie pamiętam już teraz dokładnej daty, ale Marek najpierw strzelał sporo bramek w naszych rezerwach i gdy pewnego dnia jeden z napastników wypadł z kadry przez kontuzję, przypomniano sobie właśnie o nim. Wszedł do pierwszej drużyny i od razu strzelał bramki. Pamiętam, że ja grałem na prawej, Bolcek na lewej i tak wrzucaliśmy Markowi piłki. Ten chłopak miał niesamowity wyskok do główki i wrodzoną zwinność, ale to nie powinno nikogo dziwić, bo wcześniej przez wiele lat trenował łyżwiarstwo figurowe. Wprawdzie w piłkę zaczął grać bardzo późno, ale od początku widzieliśmy, że miał to „coś” – wspomina Haras.

Trzy lata temu w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego opowiadał, że niewiele zabrakło, aby grał w barwach AS Romy. W 1990 roku z drużyną FC Ilves Tampere wystąpił w eliminacjach Pucharu Zdobywców Pucharów. Rywalizowali właśnie z Romą, której Marek w dwumeczu strzelił aż trzy bramki.

– Od razu po rewanżu trener Włochów, Ottavio Bianchi, podszedł do mnie i zapytał, czy nie chciałbym u nich grać. Uśmiechnąłem się tylko. Co to za pytanie? “Pewnie, że chciałbym!”. Giannini, Rizzitelli, Di Mauro, Carnevale i inni – no kto nie chciałby z nimi grać? Powiedział mi tylko: “Za miesiąc się odezwę, bo Rudi Voeller odchodzi i szukamy następcy”. Tyle że z jego transferu do Japonii nic nie wyszło. I z mojego do Romy również – wspominał.

W jednym z tych spotkań arbitrem był Michał Listkiewicz, do którego po meczu Marek Czakon miał wielki żal. Tak to wspominał: „Przecież rękę Carnevale było widać jak byk, a on uznał tę bramkę! Wieczorem bankiet, Listkiewicz do mnie podchodzi, “panie Marku” itd., a ja do niego z pretensjami, że jak mógł nie widzieć nieprzepisowego zagrania. Co miał na swoją obronę? Myślał, że Roma zaraz strzeli kolejne gole i ten pierwszy rozejdzie się po kościach. Kazałem mu odejść. Nie chciało mi się nawet jednego piwa z nim napić”. Taki właśnie był wychowanek Odry Opole. Bezkompromisowy i często bezceremonialny, choć w zgodnej opinii innych bardzo lubiany, czego dowodzi historia, którą bardzo często opowiadał.

„Gdy po 13 latach wróciłem do Tampere, umówiliśmy się z menedżerem na piwko w knajpce. Po pięciu minutach doszło dwóch piłkarzy, za chwilę czterech następnych. Okazało się, że wszyscy się umówili, łącznie z prezesem i sekretarką, żeby mnie przywitać. Nie przyjechało tylko dwóch piłkarzy, bo jeden nie wrócił jeszcze z Argentyny, a drugi był na wakacjach w Australii. Zgotowali mi takie przyjęcie, że aż łezka się w oku zakręciła. Coś pięknego”.

Inna legenda opolskiej piłki, Józef Żymańczyk, nie zagrał razem z Czakonem. Minęli się o kilka lat. – Ja wtedy nie grałem w Odrze, ale chodziłem na mecze i pamiętam go z niesamowitego wyskoku i rzutów wolnych. A jeszcze bardziej zapamiętałem go z naszych bojów w piłkarskich „szóstkach” u Pawła Kiszki w „Okrąglaku”. On grał w Kapslu i mecze przeciwko nam zawsze były zacięte. Marek był liderem i kluczową postacią tego zespołu. Powiedziałbym, że posturą Marek był podobnym typem zawodnika co słynny Ibrahimović.

Wszystko to potwierdził nam także sam Paweł Kiszka. – W hali był wybijającym się zawodnikiem. Bardzo skocznym, a ponieważ pod dachem nie było spalonych, to miał jeszcze więcej okazji, które potrafił wykorzystać. Głową strzelał chyba 90 procent bramek. Zapamiętałem go jako spokojnego, koleżeńskiego i życzliwego chłopaka. Zawsze wesołego, dbającego o dobrą atmosferę i z dużym autorytet, bo przecież jako piłkarz sporo osiągnął.

I lepszej cenzurki śp. Marek Czakon nie mógł się chyba spodziewać.

Donat Przybylski, Dariusz Król

Najnowsze artykuły