Poznaj Opolskie Centrum Leczenia i Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Avi”

Pod Opolem powstaje nowy ośrodek ratujący dzikie zwierzęta z naszego regionu. O postępowaniu w ich ratowaniu i spełnieniu, jakie daje ta bardzo wymagająca praca, opowie niesamowita rozmówczyni – Marta Węgrzyn, założycielka Opolskiego Centrum Leczenia i Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Avi”*.

 

Potrzeby na prowadzenie takiego ośrodka są ogromne, ponieważ wiele zwierząt jest rannych lub ginie w trakcie wypadków samochodowych czy kolizji. Jak zrodził się w Pani głowie pomysł na założenie stowarzyszenia, które zajmie się ratowaniem dzikich zwierząt?
– Powoli dojrzewałam do tej decyzji odbywając praktyki w lecznicach na terenie Opolszczyzny. Widziałam, jak ludzie przynoszą dzikie zwierzęta i kompletnie nie wiedzą, co mają z nimi zrobić. Impulsem, który sprawił, że zaczęłam się nimi zajmować na poważnie był moment, gdy mój tata przywiózł do domu sowę leżącą przy drodze. Wtedy pojawiła się myśl, żeby założyć organizację i zbudować ośrodek dla rannych, dzikich zwierząt. Nadleśnictwo Opole przekazało nam w dzierżawie 6-hektarowy kawałek ziemi w Zawadzie, na którym powstanie nasza siedziba. Ale na ten cel potrzebna jest spora ilość pieniędzy, bo nie dysponujemy żadnym dofinansowaniem z zewnętrznych źródeł. Dla zobrazowania naszych potrzeb dodam, że na zbudowanie samego ogrodzenia o długości około kilometra potrzebujemy ok. 500 tysięcy złotych.

Potrzeby finansowe są ogromne. A gdzie Pani obecnie przyjmuje swoich pacjentów?
– Dysponuję przydomowym ogródkiem, w którym zbudowanych jest 9 wolier dla ptaków. W jednym pokoju zwierzęta odbywają kwarantannę, znajduje się tu także szpital i ogrzewane pomieszczenie dla pacjentów w najcięższym stanie.

 Jakie zwierzęta mogą liczyć na pomoc w Avi? Czy tylko ptaki?
– Chciałam od samego początku objąć opieką wszystkie gatunki zwierząt. Na tę chwilę nie pomagam jedynie jeleniowatym, czyli tym największym polskim ssakom, ze względu na ich duże gabaryty i moje ograniczenia lokalowe. Stowarzyszenie jest organizacją non profit i utrzymuje się z datków i darowizn. Staram się karmić zwierzęta pokarmem jak najbardziej zbliżonym do naturalnego, a specjalistyczne leczenie zapewniam dzięki współpracy z najlepszymi weterynarzami w południowej Polsce.

Jak powinien się zachować człowiek, który znajduje ranne zwierzę, na przykład w pasie drogowym?
Pierwszą podstawową rzeczą jest nie pozostawianie zwierzaka samemu sobie i popilnowanie go do czasu przybycia służb. Wystarczy zaledwie pięć minut, aby ranne zwierzę przemieściło się i znalezienie go graniczy z cudem. Jeśli jest to ptak lub mały ssak, udzielając pomocy stosujemy zasadę trzy razy C, czyli cicho, ciepło i ciemno. Polega to na zabezpieczeniu poszkodowanego zwierzęcia w kartoniku z dziurkami, aby zachować przepływ powietrza i zamknięciu go, aby nie zostało narażone na dodatkowy stres. Im szybciej to zrobimy, tym lepiej dla ofiary. Jeśli mamy natomiast większe czy niebezpieczne zwierzę, to trzymamy go w zasięgu wzroku, zachowując bezpieczną odległość. Należy racjonalnie ocenić sytuację i jeśli mamy do czynienia z sarną w złym stanie, warto zasłonić jej głowę – oczy i uszy. Robimy to, bo u jeleniowatych występuje bardzo często neuropatia stresowa. Nawet jeśli zwierzak otrzyma pomoc i zostanie wypuszczony na wolność, nadmiar stresu może je zabić. Jeśli mamy do czynienia z drapieżnikiem takim jak lis, możemy na przykład narzucić na niego koc i poczekać na odpowiednie służby.

Do kogo powinniśmy zadzwonić w takiej sytuacji?
– Dzwonimy na straż miejską, do centrum kryzysowego lub na policję. Wymienione służby przekierowują nas do lekarza weterynarii lub ośrodka, z którymi dana gmina ma podpisaną umowę, bo to na niej spoczywa taki obowiązek prawny.

Część osób woli zadzwonić do stowarzyszenia mając pewność, że zostanie im udzielona fachowa pomoc.
– Tak, najwięcej pacjentów, którzy do mnie trafiają to dzikie zwierzęta przywożone przez mieszkańców Opola. Czasami zwierzęta przywożą sami opolanie, a jeśli mam blisko i jestem dyspozycyjna, staram się je sama odebrać.

Jak wyglądają pierwsze chwile zwierzaka, gdy trafia w Pani ręce?
– Dzięki mojemu długoletniemu doświadczeniu jestem w stanie szybko zdiagnozować najważniejsze problemy zdrowotne: czy wystarczy tylko pobrać próbki krwi i kału, czy konieczne są zabiegi ratujące życie. Na ogół niezbędne jest leczenie weterynaryjne i podanie odpowiednich leków. Wspieram się fachowcami, na operację zwierzaki jeżdżą do chirurga do Wrocławia. Staram się podejmować leczenie nawet w przypadku, jeśli występują tylko dwuprocentowe szanse na przeżycie.

Ile zwierząt, które otrzymają fachową pomoc, jest później w stanie odnaleźć się w naturalnym środowisku?
– Zwierząt, które nadają się po leczeniu do wypuszczenia na wolność jest około 75 procent.

To świetne statystyki, które potwierdzają, że wykonuje Pani dobrą robotę!
– To prawda. Tak naprawdę każdy rok i każda pora roku jest inna. Na wiosnę i w lecie, kiedy mamy okres lęgowy, trafia do mnie dużo młodocianych zwierząt, które wymagają tylko odchowu i przystosowania do życia na wolności – dotyczy to także piskląt, które wypadły z gniazda. Dzięki nadajnikom GPS, w które wyposażamy na przykład ptaki wiemy, że po rehabilitacji i leczeniu świetnie sobie radzą na wolności i potrafią pokonywać bardzo długie trasy.

A jakie to uczucie, gdy po długotrwałym leczeniu przychodzi dzień wypuszczenia?
– Wypuszczenie trwa dosłownie kilka sekund. Zwierzę w czasie leczenia nie zmienia się, ani się nie udomawia. One mnie akceptują w trakcie rekonwalescencji, ale w ich oczach zawsze będzie dzikość i oczekiwanie na oswobodzenie. Im lepiej się czują, tym stają się bardziej nerwowe i niecierpliwe, próbując uciekać do swojego naturalnego środowiska. Mogą stracić bardzo wiele w życiu, łącznie z utratą pokarmu, ale wolność jest dla nich najcenniejsza. Gdy opuszczają mój szpital, to w tych dzikich oczach widać spełnienie.

Jakie są najciekawsze historie pacjentów, którzy dzięki Pani pomocy powrócili do życia na wolności?
– W tym roku miałam bociana, którego odchowałam od pierwszej godziny życia. Został wyrzucony jako jajko przez dorosłego osobnika. Maluteńki bocian był przeze mnie karmiony przez 21 dni dżdżownicami, pasikonikami, myszami, aż uzyskał odpowiednią wielkość. Podjęłam z ornitologiem decyzję, że podrzucimy go do gniazda z dzikimi bocianami. I przyjął się jak swój. Opiekowałam się samcem wiewiórki z Kędzierzyna – Koźla z czterokończynowym porażeniem, który był sparaliżowany od szyi w dół. Miał 2% szans na powrót do zdrowia po czołowej kolizji. Jego reakcja na leki była nieprawdopodobna, zaczął się pionizować. O jego historii usłyszały opiekunki z Niemiec i uszyły mu specjalny stabilizator, żeby nie przewracał się na boki. Dzięki temu mógł zostać poddany rehabilitacji i mógł ćwiczyć ruchy palców. Uczył się wszystkiego na nowo: chodzić czy obgryzać orzechy. Leczenie skończyło się nieprawdopodobnym sukcesem i zwierzę wróciło na wolność w 100% sprawne.

Skąd Pani bierze siłę na tak heroiczną pracę?
– Siłę biorę od tych zwierząt. Ratowanie ich daje mi tak nieprawdopodobną satysfakcję. Tego nie da się opisać słowami. Wiadomo, że bardzo często jest ciężko, miewam nieprzespane noce. [Tym bardziej, że cała opieka spoczywa wyłącznie na Pani Marcie – przyp. Red]. Robię to dla tych 5 sekund wypuszczenia zwierzęcia na wolno.

*Rozmowa ukazała się w styczniowym wydaniu magazynu „Opole i Kropka”.