Jacek Hugo Bader: Morda w kubeł i słuchać [WYWIAD]

17 maja do Opola przyjedzie jeden z najlepszych polskich reportażystów, Jacek Hugo-Bader. Będzie gościem w ogrodzie Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej. Początek o godz. 17:00. Pisarz wcześniej porozmawiał z naszym dziennikarzem. Wywiad ukazał się w majowym wydaniu magazynu „Opole i kropka”

– Jacek Hugo-Bader w Opolu. Tak naprawdę, na żywo, nie on-line. Coś wspaniałego.

– Widzę, że też masz tak, że jak oglądasz jakiś film w telewizji i nagle widzisz, że ludzie się np. witają i obejmują, rękę sobie podają, mówisz: „Matko! Zwariowali chyba!”

– Takich czasów dożyliśmy… Co przez ten zwariowany rok porabiałeś? Lubisz się włóczyć po świecie, ale to akurat nie było w tym czasie możliwe.

– Nie zmarnowałem czasu, bo w tym czasie pisałem książkę. Z Rosji przywiozłem gigantyczny materiał dziennikarski, reporterski. Usiadłem i napisałem książkę, zresztą tak wcześniej zaplanowałem. A trzeba ci wiedzieć, że ja nie piszę zbyt szybko… Sytuacja covidowa o tyle mnie uratowała, że miałem mniej innych pokus.

– Ale towarzysko musiałeś cierpieć strasznie.

– Oczywiście, bo jestem niesamowicie towarzyskim i rodzinnym stworzeniem.

– To co napisałeś?

– „Szamańską chorobę”. Wielki materiał reporterski przywiozłem z Syberii. Pisałem o tamtejszych szamanach, o szamanizmie w ogóle. Moim cudownym bohaterem okazał się szaman Aleksander Gabyszew. Pokochałem go. Do tej pory noszę na ręku sznurek, który urwał ze swojego ręcznika na pożegnanie i mi podarował. Razem wędrowaliśmy przez Rosję. W życiu bym nie powiedział, że może on być dla kogokolwiek groźny. Nawet dla siebie. A władze wsadziły go do psychuszki. Jak mawiają w Rosji, za białe kraty go zamknęli…

– Za co?

W mojej książce jest on cudownym fragmentem. Wiedziałem, że tak będzie. Przyjechałem do Rosji na zbieranie materiału. Siedziałem w Moskwie i czekałem na akredytację dziennikarską, gdy powiedzieli mi, że ktoś taki zapiernicza ze Wschodu na Zachód do Moskwy, aby w stolicy, na Placu Czerwonym, odprawić rytuał przegnania demona, który zagnieździł się na Kremlu. No to mówię sobie: „no, nie – takiego człowieka muszę poznać”. Na piechotę szedł z Jakucji do Moskwy, rozumiesz?! No to wyszedłem mu naprzeciw, a gdy spotkaliśmy się na drodze, zwyczajnie podszedłem i powiedziałem – „Aleksandrze, czy mogę iść z Tobą?” „Zasuwaj. Tu każdy może, jesteśmy tu oazą wolności” – odpowiedział

– No to zachęcamy do twojej najnowszej książki i dalej rozmawiamy o tobie. Siłą rzeczy o twoich książkach i reportażach też będzie. Nie martw się (śmiech).

– Super, mnóstwo ludzi nie zna Jacka Hugo Badera. Jestem gotowy!

– Wydaje mi się, że chciałbym z Tobą usiąść przy piwie. Nic bym nie mówił, o nic nie pytał, a ty i tak gadałbyś i gadał.

– Lubię mówić.

– Zacznij od początku. Gdzieś to się kiedyś u Ciebie zaczęło, np. ten kierunek na wschód.

– Nawet chyba daty pamiętam. To musiał być 1993 rok, może rok wcześniej, gdy pierwszy raz pojechałem do Rosji. Kolega Romek Kurkiewicz wymyślił mi temat.

– O kałasznikowie?

– Tak. Myślałem, że chodzi o karabin. Nie ma chyba na świecie człowieka, który by nie wiedział co to jest kałasznikow, choć pewnie nie każdy już wie, że nazwa karabinu pochodzi od nazwiska konstruktora. Pewnego dnia na korytarzu, u nas na korytarzu załatwiało się wiele rzeczy, powiedziałem do Romka: „wiesz co, ten skubaniec Kałasznikow żyje. Pewnie ma z dwieście lat, wszak to jeszcze frontownik radziecki, co z hitlerowcami pod Stalingradem walczył”. „Kapitalnie że żyje, jedź do niego!” – odpowiedział mi. „Zwariowałeś, przecież on w Iżewsku na Uralu mieszka, a ja rosyjskiego nawet w ząb” – odpowiedziałem.

– Ale pojechałeś.

– No tak. I rzeczywiście udało mi się przywieźć tekst o Kałasznikowie, spotkałem się z nim i pogadałem. Po latach uważam jednak spotkanie z nim za moją największą klęskę zawodową.

– Nie wykorzystałeś okazji żeby zrobić to lepiej?

– Spotkałem się z człowiekiem legendą i tego nie wykorzystałem.

– Źle zebrałeś materiał, bo byłeś niedoświadczony?

– Byłem niedoświadczony, głupi, arogancki i mało umiałem. Po prostu miałem bardzo ograniczone umiejętności, niewiele mi się udało od niego wyciągnąć. Za krótko z nim rozmawiałem, raptem półtorej godziny, a powinienem półtora miesiąca.

– Byłeś niecierpliwy?

– On mnie wyrzucił

– Dlaczego?

„Przyjechał sobie głupek z Polski. Mało, że ledwo dukał po rosyjsku, to jeszcze próbował coś tam dyskutować, stawiać mnie pod ścianą, wykrzykiwać te swoje głupie polskie racje, krzywdy i mądrości” – tak pewnie myślał Kałasznikow. Nie chciał gadać z kimś takim.

– Już wtedy wiedziałeś, że spaprałeś materiał?

– Skąd, nie miałem zielonego pojęcia. Wydawało mi się, że całkiem niezły tekst zrobiłem. Wszyscy mi gratulowali. Rzeczywiście ten materiał był cholernie brawurowy, ja w młodym wieku bardzo chciałem taki być i samo dostanie się do tego człowieka miało w sobie dużo z brawury. Miałem potrzebę wykrzyczenia polskich racji, słusznych zresztą, bo my mamy co Rosjanom wypominać. Ale to przecież nie jest rola reportera. Reportera rolą jest morda w kubeł i słuchać.

– Od dawna to wiesz, ale wtedy tego nie wiedziałeś.

– Bardzo dobrze to ująłeś. Ja się po prostu wdałem z nim w dyskusję i po półtorej godzinie on mnie wyrzucił. Powinienem słuchać go z rozdziawioną gębą, bo on miał tyle do powiedzenia. Wszyscy mi gratulowali, klepali po plecach. Tymczasem ten teks nie był głęboki, to podstawowa ułomność reportażu, że jest błahy i dotyczy błahych rzeczy. Piszę w tym tekście, jak mi trudno do niego się dostać, jak oni go chronią, jak to jest skomplikowane, jak ciągle aktualny jest ten sowiecki lęk przed szpiegami. Takie tam pierdoły…

– Nie wszedłeś w duszę tego człowieka?

– Skąd, ja sobie w tym nie poradziłem.

– Trzeba było zadawać mu pytania jak sześciolatek. Wspominasz gdzieś, że masz taką umiejętność.

– Tak, ale nie wtedy. Muszę ci powiedzieć, że pytania sześciolatków wcale nie muszą być łatwe. Ważne żeby odpowiedzi były proste. Kałasznikow zdążył mi powiedzieć jedną fantastyczną rzecz o swoim wynalazku, a ja przekładam to teraz na pisanie reportaży: skomplikowaną rzecz łatwo wymyślić. Geniusz polega na tym, żeby wymyślić się coś bardzo prostego. Sukces nie polega na tym, że skonstruuję skomplikowaną strukturę reportażu nad którą ludzie będą się głowić. Te same rzeczy można uzyskać w sposób prosty i łatwy. Dziennikarsko przekazujesz tyle samo, a nie zmuszasz do niebotycznego wysiłku żeby to przetrawić.

– Więc świadomie wybrałeś punkt widzenie dziecka?

– Rozmawiam z ludźmi i pytam w sposób nieskomplikowany. No bo głównym zadaniem reportera jest poznawanie ludzi. Każdy z nich w czymś jest bardzo mocny, choćby w swoim życiu. Ja więc proszę żeby to swoje życie opowiedział w sposób prosty, żebym ja mógł je zrozumieć. A jak ja zrozumiem, to i moi czytelnicy też.

– Jest szczęśliwym człowiekiem. Podróżujesz po świecie, rozmawiasz z ciekawymi ludźmi, realizujesz swoje hobby i jeszcze ci za to płacą.

– Zgadzam się z tobą! To połączenie pasji z pracą. Jedno bez drugiego nie istnieje. Nie piszę tego, ale na spotkaniach z ludźmi, gdzieś tam powiedzmy w powiatowej bibliotece kiedy siedzi przede mną kilkadziesiąt osób, to mówię, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem. Uwielbiam swoją robotę, praca reporterska jest najciekawszą na świecie Za każdym razem biorę się do innego tematu wchodzę w inną rzeczywistość, staję się kimś innym.

– Wracasz, ale te historie zostają w głowie? Chyba nie, skoro powiedziałeś, że potrafisz „dilejtować” większość historii i ludzi, bo jest tego tak dużo, że inaczej byś zwariował. Ale wszystkiego się nie da…

– Bo cały czas powtarzam, jaka to fantastyczna robota, ale ona jest też piekielnie trudna, ciężka i obciążająca psychicznie. Czasami piszesz o rzeczach okropnych. Nieszczęście jest bardziej fotogeniczne…

– Ciężko jest zrezygnować z materiału?

– Jeżeli to świetny materiał, to piekielnie ciężko.

– Ale ważniejsze, aby kogoś nie skrzywdzić.

Tak. Ale każdy może popełnić błąd. Im człowiek nad czymś intensywniej pracuje, tym ryzyko bardziej rośnie. Im większe polowanie zorganizują w lesie, im więcej tam ludzi, więcej strzelców, tym łatwiej o wypadek. A ty jesteś tym kimś, kto stoi ze strzelbą na przecince w lesie i możesz czegoś nie zauważyć, nie zorientować się, zagapić, zamyślić. No, popełniasz błędy, ja też popełniłem, ale bardzo uważam, żeby nie pokaleczyć swojego bohatera.

– Ale informację musisz jakoś wydobyć. Nie zawsze sprawdzi się metoda „morda w kubeł i słuchać”.

– Często sam siebie pytam: kurde, dlaczego ci ludzie mi to wszystko opowiedzieli? Takie niesamowite tajemnice zdradzają, że sam mam wątpliwości, czy to jest w ogóle prawdopodobne, że on mi chciał to wszystko opowiedzieć.

– Może to wynika z tego, że jak sam kiedyś powiedziałeś – potrafisz się do nich przytulić?

– Potrafię, to jest prawda. I przy autoryzacjach bywa z tym kłopot, bo daję człowiekowi tekst, a on mi wypala: „Ja ci to wszystko powiedziałem?!”

– Będę musiał autoryzować naszą rozmowę?

– Skąd, ufam ci!

Rozmawiał Dariusz Król

Zdjęcie prywatne archiwum Jacka Hugo-Badera